show menu
+ Menu
investors-manifesto

Manifest inwestora

Przygotowując się na armagedon dobrobytu i wszystkiego co pomiędzy...
The investor’s manifesto
Autor: William J. Bernstein

Każdy, kto ma jakie­kol­wiek pie­nią­dze do zain­we­sto­wa­nia (lub już je zain­we­sto­wał) powi­nien prze­czy­tać tę książkę. Jasne myśle­nie, wyko­rzy­stu­jące tylko fakty i liczby, a nie domy­sły. Teoria współ­cze­snego port­fela: wyko­rzy­stuj ele­menty pasywne całego rynku, bez spe­ku­la­cji, bez wybie­ra­nia akcji i uni­kaj całej branży finan­so­wej wymu­sza­ją­cej opłaty.

Współcze­sne fia­sko eko­no­miczne i ryn­kowe to wspa­niały „moment na naukę”; może być też naj­lep­szą moż­li­wo­ścią do inwe­sto­wa­nia w tym pokoleniu.

Nasze domy naj­le­piej jest postrzegać jako ele­ment kon­sump­cyjny, a nie jako inwestycję.

Finanse to względnie ogra­ni­czone pole; nie­zbyt wiele wia­domo na pewno. Wiedza, jaką musi posia­dać indy­wi­du­alny inwe­stor, czy nawet pro­fe­sjo­na­li­sta, jest żało­śnie niewielka.

Jak w przy­padku wiel­kiego kry­zysu, także i teraz hojne zwroty mogą uzy­skać ludzie odważni, zdy­scy­pli­no­wani i ela­styczni. Jeśli kie­dy­kol­wiek był odpo­wiedni czas, żeby posia­dać ostrożny port­fel, zawie­ra­jący akcje dłu­go­ter­mi­nowe, to jest wła­śnie teraz.

Doszedłem do smut­nego wnio­sku, że tylko nie­wiel­kiej mniej­szo­ści ludzi kie­dy­kol­wiek uda się cho­ciaż przy­zwo­icie zarzą­dzać swo­imi pie­niędzmi. Inwestorzy, któ­rzy chcą osią­gnąć suk­ces, muszą posia­dać cztery umie­jęt­no­ści:
1. Zainteresowanie pro­ce­sem.
2. Więcej niż mate­ma­tyka „na chłop­ski rozum”, daleko wię­cej niż pro­sta aryt­me­tyka i alge­bra, a nawet umie­jęt­ność obsługi arku­sza kal­ku­la­cyj­nego. Opanowanie pod­staw teo­rii inwe­sty­cyj­nej wymaga zro­zu­mie­nia rachunku praw­do­po­do­bień­stwa i opa­no­wa­nia sta­ty­styki.
3. Dobra zna­jomość histo­rii finan­sów, od bańki Mórz Południowych do wiel­kiego kry­zysu.
4. Emocjonalna dys­cy­plina, by wier­nie wpro­wa­dzać zapla­no­waną stra­te­gię, choćby się paliło, waliło albo kapi­ta­lizm, jaki znamy miał się skończyć.

Spodziewam się, że nie wię­cej niż 10 pro­cent lud­no­ści speł­nia jedno z powyż­szych kry­te­riów. To suge­ruje, że zale­d­wie jedna osoba na dzie­sięć tysięcy (10 pro­cent do potęgi czwar­tej) posiada pełny zestaw umiejętności.

Wall Street jest usłana kośćmi tych, któ­rzy wie­dzieli dokład­nie, co robić, ale nie mogli się na to zdobyć.

Bez względu na to, jak inwe­stor opa­nuje teo­rię inwe­sto­wa­nia, jest stra­cony, jeśli brak mu umie­jęt­no­ści, by spo­koj­nie obser­wo­wać obecne nie­zwy­kłe wyda­rze­nia i mówić „już kie­dyś widzia­łem ten film, wiem, jak to się skończy”.

Nigdy nie przyszło im do głowy, by ana­li­zo­wać dłuż­szy okres lub szer­szą histo­rię histo­rii finan­sów. Gdyby to zro­bili, zda­liby sobie sprawę, że mniej wię­cej raz na dzie­sięć lat machina ryn­kowa się roz­sy­puje i stare związki pomię­dzy róż­nymi rodza­jami inwe­sty­cji, z któ­rych czer­pali tak olbrzy­mie zyski, chwi­lowo się odwra­cają i mszczą.

Nie cho­dzi o to, by prze­wi­dzieć, kiedy mogą wyda­rzyć się takie kata­strofy – to nie­moż­liwe – ale by po pro­stu wie­dzieć, że od czasu do czasu będą się wyda­rzać, i że powin­ni­śmy odpo­wied­nio zapla­no­wać dłu­go­ter­mi­nową stra­te­gię inwestycyjną.

Nie ma większego tru­izmu inwe­sty­cyj­nego niż ten: im mniej pła­cimy za aktywa, tym wię­cej praw­do­po­dob­nie zaro­bimy, gdy w końcu je sprze­damy. Spadek ceny, w więk­szo­ści wypad­ków, powi­nien dopro­wa­dzić do więk­szych ocze­ki­wa­nych zwrotów.

Podkreślam trzy główne zasady:
1. Nie bycie zbyt chci­wym.
2. Jak największe zróż­ni­co­wa­nie.
3. Ciągła obser­wa­cja branży inwestycyjnej.

Zwrot z inwe­sty­cji, nazy­wany często „kosz­tem kapi­tału” lub „stopą procentową”.

W przy­padku każdego kon­su­menta kapi­tału ist­nieje, mniej wię­cej, dostawca kapi­tału. Tutaj wkra­cza do akcji inwe­stor – dostawca kapi­tału. W żar­go­nie finan­so­wym „koszt kapi­tału” dla kon­su­men­tów jest dokład­nie taki sam jak zwrot dla inwe­stora i jako inwe­sto­rzy możemy tak naprawdę zro­zu­mieć pro­ces tylko dzięki zro­zu­mie­niu ryzyka i zysków kon­su­menta kapitału.

Z tych powo­dów – zwiększo­nego praw­do­po­do­bień­stwa straty, trud­no­ści w sza­co­wa­niu przy­szłych zysków i szcząt­ko­wego cha­rak­teru posia­da­nia akcji zwy­kłych – od posia­da­czy akcji zwy­kłych należy wyma­gać zna­czą­cej marży na zysk z kapi­tału. To wła­śnie „pre­mia za ryzyko”.

Zwrot z inwe­sty­cji i koszt kapitału dla przed­się­wzięć biz­ne­so­wych to dwie strony tego samego medalu.

W trak­cie zara­bia­nia tych wyższych zwro­tów nasze port­fo­lio z pew­no­ścią od czasu do czasu straci dużą ilość pieniędzy.

Podczas gdy w 2000 i 2001 roku roz­począł się spa­dek, gdy prze­kra­cza­ją­cym bez­pieczny limit, zbyt entu­zja­stycz­nym fir­mom tech­no­lo­gicz­nym skoń­czyły się pie­nią­dze, obecny spa­dek zaczął się, gdy prze­kra­cza­ją­cym bez­pieczny limit, zbyt entu­zja­stycz­nym fir­mom tech­no­lo­gicz­nym skoń­czyły się kredyty.

Dywersyfikacja na różne rodzaje akty­wów gieł­do­wych działa dobrze z per­spek­tywy lat i dzie­się­cio­leci, ale czę­sto dość kiep­sko z per­spek­tywy tygo­dni i miesięcy.

Inwestorzy, któ­rzy potrafią zaro­bić 8 pro­cent zwrotu rocz­nego, w ciągu 30 lat pomnożą swój mają­tek dziesięciokrotnie.

Jeśli mają choć połowę mózgu, nie będą się zbyt­nio przej­mo­wać tym, że po dro­dze przez wiele dni, a nawet lat, ich port­fele będą doświad­czać zna­czą­cych strat.

W świe­cie finan­sów, jedy­nymi czar­nymi łabę­dziami są histo­rie, któ­rych inwe­sto­rzy nie czytali.

Inwestorzy, któ­rzy nie potrafią racjo­nal­nie i sys­te­ma­tycz­nie podejść do pro­blemu ocze­ki­wa­nego zwrotu, lepiej zro­bi­liby wkła­da­jąc połowę swo­ich pie­nię­dzy pod mate­rac, a następ­nie pod­pa­la­jąc resztę i wyrzu­ca­jąc ją przez okno.

Wykorzystywanie zwro­tów zna­nych z histo­rii do sza­co­wa­nia przyszłych zwro­tów to skraj­nie nie­bez­pieczna prak­tyka. Jeszcze bar­dziej nie­bez­pieczne jest pla­no­wa­nie decy­zji finan­so­wych na pod­sta­wie baz danych stwo­rzo­nych po 1925 roku, czę­sty błąd popeł­niany przez wielu bada­czy i dzien­ni­ka­rzy finansowych.

Akcje spraw­dzają się rela­tyw­nie dobrze pod­czas dłu­gich okre­sów infla­cji, ponie­waż firmy mogą pod­nieść ceny sprze­da­wa­nych pro­duk­tów i usług.

Oczekiwany zwrot”, jedna z najważniej­szych kon­cep­cji w finansach.

Akcje i obli­ga­cje działają tak samo, jak ruletka, z wyjąt­kiem tego, że ocze­ki­wany zysk jest nie­mal zawsze dodatni. Gdyby nie był dodatni, nikt by nie inwe­sto­wał. To jed­nak nadal ruletka, ale gospo­da­rzem jest inwe­stor. Nigdy nie będzie wie­dział dokład­nie, ile wydzieli pani Fortuna, ale może dość dobrze zgad­nąć, ile wynie­sie zysk, szcze­gól­nie jeśli cho­dzi o okresy w przy­szło­ści wyno­szące co naj­mniej dwa­dzie­ścia lat.

Papiery wartościowe Departamentu Skarbu Stanów Zjednoczonych emi­to­wane z okre­sem wykupu jed­nego roku lub mniej nazy­wane są bills; od roku do 10 lat – notes; a powy­żej 10 lat – bonds. Notesbonds co sześć mie­sięcy przy­no­szą kupony odset­kowe. W przy­padku bills – są one emi­to­wane poni­żej war­to­ści nomi­nal­nej i pod­le­gają zwro­towi według ich war­to­ści pary­te­to­wej; róż­nica tkwi w „rentowności”.

Inwestor sza­cuje ocze­ki­wany zwrot z obli­ga­cji po pro­stu odej­mując od kuponu odset­ko­wego wskaź­nik porażki.

Jeśli 10-procentowe obli­ga­cje przed­się­bior­stwa mają wskaź­nik ren­tow­no­ści w wyso­ko­ści 7 pro­cent, ale 5 pro­cent z nich każ­dego roku ponosi porażkę, zosta­wia­jąc nam 2 pro­cent zwrotu skar­bo­wego, to nie jeste­śmy kwita. Ani tro­chę: obli­ga­cje przed­się­bior­stwa stre­so­wały nas i nie dawały spać w nocy, pod­czas gdy posia­da­cze obli­ga­cji skar­bo­wych spali jak aniołki.

Jednym z naj­pew­niej­szych wskaźni­ków oszu­stwa jest obiet­nica wyso­kich zwro­tów przy niskim ryzyku.

W przy­padku akcji, sza­co­wa­nie przyszłych ocze­ki­wa­nych zwro­tów wygląda tak samo, z tym że zaczy­namy od stopy dywi­dendy, a następ­nie doda­jemy wskaź­nik wzro­stu dywidendy.

Ważna zasada w finan­sach: zawsze bierz pod uwagę infla­cję lub war­to­ści „rze­czy­wi­ste”; to pozwala unik­nąć napra­wia­nia skut­ków dłu­go­trwa­łej infla­cji. Wreszcie, sku­pia­nie się na rze­czy­wi­stych zwro­tach zwięk­sza efek­tyw­ność myśle­nia i pomaga inwe­sto­rom wyci­szyć hałas zwią­zany z tym, jak infla­cja „nisz­czy majątek”.

Gospodarka Stanów Zjednoczonych śred­nio roz­wija się w rze­czy­wi­stym tem­pie 3 pro­cent, a ogólne zyski przed­się­biorstw rosną wraz z nią w mniej wię­cej takim samym rze­czy­wi­stym dłu­go­ter­mi­no­wym tem­pie 3 procent.

Domy makler­skie i towa­rzy­stwa fun­du­szy inwe­sty­cyj­nych często nakła­niają do zakupu akcji z kra­jów ryn­ków wscho­dzą­cych, takich jak Brazylia, Rosja, Indie i Chiny (tzw. kraje BRIC), z powodu ich szyb­kiego wzro­stu eko­no­micz­nego. Jednak uwa­żajmy: roz­cień­cze­nie akcji, a czę­sto po pro­stu kra­dzież z powodu luź­nych praw doty­czą­cych papie­rów war­to­ścio­wych powo­duje zni­ka­nie dużej czę­ści tego wzro­stu, zanim osią­gnie poziom za akcję. Na przy­kład gospo­darka Chin roz­wija się w dru­zgo­cą­cym rze­czy­wi­stym tem­pie 9 pro­cent rocz­nie od dwóch dzie­się­cio­leci. Jednak pomię­dzy 1993 a 2008 rokiem inwe­sto­rzy w rze­czy­wi­sto­ści stra­cili 3,3 pro­cent rocz­nie w chiń­skich akcjach, nawet ponow­nie inwe­stu­jąc dywi­dendy. Dobrze prze­czy­ta­li­ście: przez okres tych 16 lat, nawet przed wydat­kami, inwe­stu­jący w chiń­skie akcje stra­cił 41,5 pro­cent war­to­ści. (Strata 3,3 pro­cent rocz­nie przed infla­cją równa się stra­cie 5,7 pro­cent rocz­nie po inflacji.)

To samo spraw­dza się, w mniej­szym stop­niu, rów­nież w przy­padku „tygry­sów” Azji Wschodniej: Indonezji, Korei, Malezji, Singapuru, Tajwanu i Tajlandii, które posia­dają niż­szy zwrot z kapi­tału wła­snego niż wol­niej roz­wi­ja­jąca się gospo­darka Stanów Zjednoczonych.

Nie ufajmy danym histo­rycz­nym – szcze­gól­nie tym naj­now­szym – w sza­co­wa­niu przyszłych zwro­tów z akcji i obli­ga­cji. Zamiast tego pole­gajmy na zysku z opro­cen­to­wa­nia i dywi­dend oraz ich wskaź­ni­kach wzrostu/porażki.

Możemy wresz­cie osza­co­wać rze­czy­wi­ste ocze­ki­wane zwroty z kapi­tału wła­snego. Jak już zoba­czy­li­śmy, w przy­padku S&P 500, można to zro­bić doda­jąc ok. 2,5 pro­cent obec­nej ren­tow­no­ści indeksu do 1,32 pro­cent rze­czy­wi­stego wskaź­nika wzro­stu dywi­dend, by otrzy­mać ocze­ki­wany rze­czy­wi­sty zwrot nieco mniej­szy niż 4 pro­cent. Te pro­ste obli­cze­nia – po pro­stu doda­nie wskaź­nika wzro­stu – są znane jako Równanie Gordona.

Akcje sprze­dawały się już za zale­d­wie sied­mio­krot­ność dywi­dend (1932 r.) i aż dzie­więć­dzie­się­cio­krot­ność (w 2000 r.).

Cena ryn­kowa to tylko nędzna imi­ta­cja cze­goś praw­dzi­wego: stru­mie­nia przy­jem­no­ści lub przy­cho­dów, z cza­sem dostar­cza­nych przez aktywa, pomniej­szo­nych o odpo­wiedni pro­cent tego, jak daleko w przy­szłość nara­sta każda z czę­ści przychodu.

Przyjemność, któ­rej doświad­czamy dzi­siaj jest nie­mal zawsze warta wię­cej niż ta, któ­rej doświad­czymy w przy­szło­ści. Fisher nazywa to ład­nie „nie­cier­pli­wo­ścią” wobec danego przed­miotu; jest ona syno­ni­miczna z oprocentowaniem.

r = D/P + g, czyli Równanie Gordona: zwrot = wysokość dywi­dendy + wzrost.

Co teraz? Wielu obser­wa­to­rów uważa, że więk­szość kate­go­rii akty­wów jest przy­naj­mniej spra­wie­dli­wie wyce­niona, a nie­które, jak na przy­kład akcje euro­pej­skie i REIT, są zwy­czaj­nie tanie. Jeśli ci obser­wa­to­rzy mają rację i ceny pójdą w górę, by powró­cić do śred­niej, to zwroty powinny być jesz­cze wyż­sze niż to wynika z Równania Gordona.

4-procentowy ocze­ki­wany zwrot, który właśnie obli­czy­li­śmy dla akcji, to rze­czy­wi­sty zwrot. To ozna­cza, że war­tość port­fo­lio po wzię­ciu pod uwagę infla­cji – jego fak­tycz­nej siły nabyw­czej – powinna śred­nio podwa­jać się co 18 lat.

W chwili obec­nej wiele zagra­nicz­nych ryn­ków papie­rów wartościo­wych oscy­luje wokół 5 pro­cent. Nawet jeśli ich rze­czy­wi­ste zarobki za akcję nie rosną wcale, ich rze­czy­wi­ste ocze­ki­wane zwroty powinny być w przy­szło­ści dość przy­zwo­ite: 5 pro­cent dywidend.

Na początku 2009 roku naj­lep­szym rze­czy­wi­stym zwro­tem REIT, na jaki mogli liczyć inwe­sto­rzy, było 10 pro­cent; jeśli naj­waż­niej­sze dane nie zawiodą, albo nawet jeśli będą rosnąć wol­niej niż w prze­szło­ści, ten zwrot może być niż­szy. (Gdy piszę te słowa zysk z dywi­dend REIT gwał­tow­nie spada; czy i o ile się poprawi będzie w dużej mie­rze okre­ślało ich zwroty w przyszłości.)

Zawsze powinniśmy cenić wyżej ocze­ki­wane zwroty obli­czone za pomocą Równania Gordona niż zwroty z prze­szło­ści, bez względu na to, jak długi okres obej­mują. Jest to podwój­nie ważne, gdy rynki ogar­nia eufo­ria bańki, jak to miało miej­sce pod koniec lat 90., albo gdy wpa­dają w panikę, jak w latach 2008-2009. Jeśli jed­nym z sekre­tów życia jest trzy­ma­nie głowy na karku, gdy wszy­scy inni ją tracą, to Równanie Gordona jest koł­nie­rzem, dzięki któ­remu pozo­sta­nie ona na swoim miejscu.

Równanie Gordona suge­ruje obec­nie, że po raz pierw­szy od ponad dzie­się­ciu lat można uzy­skać lep­sze zwroty zarówno dzięki zarówno akcjom, jak i obli­ga­cjom przed­się­biorstw, być może w gra­ni­cach od 4 do 8 pro­cent rze­czy­wi­stych zwro­tów w przy­padku róż­nego rodzaju akcji i 2 pro­cent rze­czy­wi­stych zwro­tów w przy­padku obligacji.

Inwestowanie to odkłada­nie na póź­niej obec­nej kon­sump­cji na rzecz kon­sump­cji w przy­szło­ści, a jeśli cokol­wiek zali­cza się do teraź­niej­szej kon­sump­cji, to wła­śnie mieszkanie.

Cena domu lub miesz­ka­nia powinna z cza­sem rosnąć. Jak bar­dzo? Najlepsze dane na temat cen domów suge­rują, że, wziąw­szy pod uwagę infla­cję, odpo­wiedź brzmi: nie­wiele albo wcale.

Posiadanie domu to nie inwe­sty­cja; to coś dokład­nie prze­ciw­nego, to ele­ment kon­sump­cyjny. Wziąwszy pod uwagę koszty utrzy­ma­nia i podatki, czę­sto lepiej wycho­dzimy na wynajmie.

Posiadanie domku waka­cyj­nego ma nie­wielki sens pod względem finan­so­wym, chyba że wynaj­mu­jemy go innym przez więk­szość roku. Więc jeśli musimy mieć swoje miej­sce w górach lub na plaży, wynaj­mujmy, a nie kupujmy.

Czy ist­nieją inne pre­mie za ryzyko, które mogą uzy­skać inte­li­gentni, odważni i zdy­scy­pli­no­wani inwe­sto­rzy? Wydaje się, że ist­nieją jesz­cze co naj­mniej dwie: czyn­nik „war­to­ści” i czyn­nik „mały”.

Dobre firmy to najczęściej złe akcje, a złe firmy, jako grupa, to dobre akcje.

Amerykańskie akcje małych firm i akcje war­to­ściowe posia­dają rze­czy­wi­ste ocze­ki­wane zwroty w wyso­ko­ści od 5 do 6 pro­cent; w przy­padku akcji war­to­ścio­wych małych firm, które posia­dają oba czyn­niki ryzyka, około 6 do 8 procent.

Jeśli rocz­nie wypła­camy 2 pro­cent z puli naszych oszczęd­no­ści, nasz doro­bek prze­trwa wszystko, poza kata­stro­ficz­nym zała­ma­niem się insty­tu­cji i woj­ska; przy 3 pro­cen­tach praw­do­po­dob­nie jeste­śmy bez­pieczni; przy 4 pro­cen­tach, podej­mu­jemy rze­czy­wi­ste ryzyko; a przy 5 pro­cen­tach i wię­cej, powin­ni­śmy roz­wa­żyć annu­ity­za­cję więk­szo­ści, jeśli nie cało­ści, swo­ich oszczędności.

Dla każdego sprze­da­ją­cego znaj­dzie się kupu­jący i na odwrót. Jedyne, co się zmie­nia, to cena, przy któ­rej mają miej­sce trans­ak­cje ryn­kowe. Gdy wia­do­mo­ści lub opi­nie na temat akcji się polep­szają, cena musi wzro­snąć do wyso­ko­ści, w któ­rym chętni kupu­jący będą w sta­nie prze­ko­nać posia­da­czy akcji do roz­sta­nia się z nimi. Gdy wia­do­mo­ści lub opi­nie na temat danej akcji się pogar­szają, cena musi spaść do punktu, w któ­rym poten­cjalni kupu­jący będą prze­ko­nani, że otrzy­mują odpo­wied­nie wyna­gro­dze­nie za zakup.

Niewielu ludzi powinno posiadać port­fel samych akcji.

Zawsze bierzmy pod uwagę Zakład Pascala: Co sta­nie się z moim port­fe­lem – i z moją przy­szło­ścią – jeśli moje zało­że­nia są błędne?

Załóżmy, że sta­wiamy wszystko na akcje i nie mamy racji. Wtedy jeste­śmy zruj­no­wani. Mądrzy inwe­sto­rzy chro­nią swoje domy­sły dużą ilo­ścią obli­ga­cji, ponie­waż kon­se­kwen­cje bycia w błę­dzie, jeśli cho­dzi o taki wybór, nie są aż tak poważne, jak w przy­padku port­fela samych akcji.

Serce pro­cesu inwe­sty­cyj­nego: celem nie jest mak­sy­ma­li­za­cja szans na wzbo­ga­ce­nie się, ale raczej jed­no­cze­sne pozwo­le­nie sobie na wygodną eme­ry­turę i mini­ma­li­za­cja szans umie­ra­nia w biedzie.

Powód, dla któ­rego 90 pro­cent inwe­sto­rów i zarządza­ją­cych fun­du­szami nie potrafi wybrać akcji, jest pro­sty: za każ­dym razem, gdy kupu­jemy lub sprze­da­jemy akcje lub obli­ga­cje, ktoś jest po dru­giej stro­nie tej trans­ak­cji i ten ktoś naj­praw­do­po­dob­niej nazywa się Goldman Sachs, PIMCO albo Warren Buffett. Jest coś jesz­cze gor­szego od trans­ak­cji z Buffettem, a jest tym trans­ak­cja z dyrek­to­rem gene­ral­nym firmy, któ­rej akcje kupu­jemy lub sprze­da­jemy, a który naj­praw­do­po­dob­niej wie wię­cej na temat jej stanu i przy­szło­ści niż nawet naj­lep­szy i naj­le­piej poin­for­mo­wany ana­li­tyk papie­rów war­to­ścio­wych. Obrót akcjami indy­wi­du­al­nymi jest jak gra w tenisa z nie­wi­docz­nym prze­ciw­ni­kiem; nie zda­jemy sobie sprawy, że odbi­jamy piłkę w kie­runku sióstr Williams.

Hipoteza rynku efek­tyw­nego”, która zakłada, mniej wię­cej, że wszyst­kie znane infor­ma­cje na temat papie­rów war­to­ścio­wych są już uwzględ­nione w ich cenie. Dla inwe­sto­rów ma to dwo­ja­kie kon­se­kwen­cje: po pierw­sze, wybie­ra­nie akcji nie ma sensu, nie wspo­mi­na­jąc o tym, że jest dro­gie, a po dru­gie, ceny akcji zmie­niają się tylko w odpo­wie­dzi na nowe infor­ma­cje – to zna­czy, nie­spo­dzianki. Ponieważ nie­spo­dzianki są z defi­ni­cji nie­spo­dzie­wane, akcje i ogól­nie rynek akcji, zmie­niają się w zupeł­nie losowy sposób.

Konsekwencje hipo­tezy rynku efek­tyw­nego dla inwe­sto­rów nie mogłyby być jaśniej­sze: nie pró­buj prze­wi­dzieć rynku i nie pró­buj wybie­rać akcji lub zarzą­dza­ją­cych funduszami.

Pan Buffett nie tyle zarządza pie­niędzmi, co jest biz­nes­me­nem; gdy kupuje firmę, prze­nosi się do meta­fo­rycz­nego biura na ubo­czu i pomaga nią zarzą­dzać. Do grud­nia 2008, przez dzie­sięć lat, jego hol­ding, Berkshire Hathaway, zwró­cił rocz­nie +3,27 pro­cent. Godne posza­no­wa­nia wyniki w porów­na­niu do wyniku -1,38 pro­cent S&P 500, ale musimy pamię­tać, że pan Buffett to value inve­stor, i pod­czas gdy pobił pasyw­nie zarzą­dzany DFA Large Value Fund, który zwró­cił +2,15 pro­cent za dany okres, pozo­stał w tyle DFA Small Value Fund, który zwró­cił +7,55 procent.

Indeksowane” i „pasyw­nie zarządzane” to nie do końca to samo. Pierwszy ter­min ozna­cza, że fun­dusz kupuje wszyst­kie akcje w indek­sie, jak S&P 500, któ­rego skład jest okre­ślany przez komi­tet wewnątrz Standard & Poor Inc. Raz w roku ten komi­tet zastę­puje kilka z 500 firm w indek­sie; to samo musi też zro­bić każdy fun­dusz S&P 500.

Z per­spek­tywy fun­du­szu indek­so­wego, to cha­otyczny i dość drogi pro­ces, ponie­waż wszyst­kie fun­du­sze podą­ża­jące za S&P 500 muszą w tym samym momen­cie rzu­cić się, by sprze­dać akcje wycho­dzące z indeksu i kupić te, które do niego wchodzą.

Indeks Russel 2000 ma jesz­cze większy pro­blem, ponie­waż pro­ces selek­cyjny nie jest dla nikogo tajem­nicą, spe­ku­lanci mogą łatwo prze­wi­dzieć, które firmy zostaną dodane, a które wyrzu­cone w dniu wymiany. Zaraz przed tym, spe­ku­lanci wyku­pują doda­wane firmy i sprze­dają te kaso­wane, odpo­wied­nio pod­bi­ja­jąc i zani­ża­jąc ceny. Ten „front-running” sporo kosz­tuje fun­du­sze indek­sowe zwią­zane z Russel 2000.

Z kolei „pasyw­nie zarządzany” fun­dusz zasad­ni­czo two­rzy wła­sny, pry­watny indeks, zapro­jek­to­wany spe­cjal­nie po to, by do mini­mum ogra­ni­czyć fluk­tu­acje. Dimentional Fund Advisors wyko­rzy­stuje wyłącz­nie takie podej­ście, a potem idzie o krok dalej, kupu­jąc akcje, które speł­niają kry­te­ria wyboru, do któ­rych zazwy­czaj należy łączna kapi­ta­li­za­cja rynku i war­tość księ­gowa akty­wów firmy. Po tym, jak DFA ustali listę akcji, które może posia­dać, prze­cho­dzi do kupna tylko tych, które można nabyć tanio, zapo­bie­ga­jąc w ten spo­sób „front-runningowi” spekulantów.

Inne fun­du­sze rozwiązują „pro­blem indek­so­wa­nia” wyko­rzy­stu­jąc mniej popu­larne indeksy; Vanguard po spo­rze o pro­wi­zje z S&P prze­rzu­cił więk­szość swo­ich fun­du­szy inwe­sty­cyj­nych do sys­temu Morgan Stanley Capital Indexes (MSCI), któ­rego używa względ­nie nie­wiele innych fun­du­szy inwestycyjnych.

Fundusze mogą także wyko­rzy­stać indeks „cały rynek”, w któ­rym prak­tycz­nie nie ist­nieją fluk­tu­acje. Najpopularniejszy jest Wilshire 5000. Ten indeks począt­kowo zawie­rał 5000 naj­więk­szych firm w Stanach Zjednoczonych, a teraz obej­muje 6700 pozy­cji i w zasa­dzie zawiera w sobie cały kosmos kra­jo­wych akcji.

W przy­padku kont opo­dat­ko­wa­nych aktywne zarządza­nie wiąże się z dodat­kową karą: wyso­kie fluk­tu­acje w port­felu wyra­żają zyski kapi­ta­łowe, od któ­rych posia­dacz akcji musi zapła­cić podatek.

Nie ma nic magicz­nego w inwe­sto­wa­niu indek­so­wa­nym i pasyw­nym; każdy, kto aktyw­nie zarzą­dza, pobiera nie­wiel­kie opłaty, posiada zróż­ni­co­wany port­fel i utrzy­muje fluk­tu­acje na mini­mal­nym pozio­mie powi­nien być war­to­ściowy dla inwestorów.

W okre­sach skraj­nych nie­po­ko­jów eko­no­micz­nych lub poli­tycz­nych ryzyko będzie się wyda­wało wyso­kie. To spo­wo­duje zani­że­nie cen zarówno akcji, jak i ryzy­kow­nych obli­ga­cji, a przez to pod­nie­sie ich przy­szły zwrot. Akcje i ryzy­kowne obli­ga­cje kupione w takim okre­sie, ogól­nie rzecz bio­rąc, gene­rują naj­wyż­sze dłu­go­fa­lowe zwroty; akcje i ryzy­kowne obli­ga­cje kupione w okre­sie spo­koju i opty­mi­zmu, ogól­nie rzecz bio­rąc, gene­rują naj­niż­sze dłu­go­fa­lowe zwroty.

Należy zapa­mię­tać cztery kwe­stie: oszczę­dzać tyle, ile się da, upew­niać się, że mamy wystar­cza­jącą ilość płyn­nych opo­dat­ko­wa­nych akty­wów w razie nagłych wypad­ków, wysoce dywer­sy­fi­ko­wać port­fel i robić to za pomocą fun­du­szy pasyw­nych lub indeksowych.

Zawsze powinniśmy pamię­tać pod­ręcz­ni­kową defi­ni­cję inwe­sty­cji: odło­że­nie na póź­niej obec­nej kon­sump­cji na rzecz kon­sump­cji w przy­szło­ści. Jeśli nie potra­fimy odło­żyć na póź­niej obec­nej kon­sump­cji, umrzemy w bie­dzie, nawet jeśli posia­damy zmysł do inwe­sto­wa­nia jak Warren Buffet.

Oszczędzajmy tyle, ile możemy, i nie prze­sta­wajmy oszczę­dzać aż do śmierci.

W tej książce zde­cy­do­wa­nie nie zaj­muję się szcze­gó­łowo pie­niędzmi potrzeb­nymi szyb­ciej niż za pięć lat, jak na przy­kład oszczę­dza­niem na przed­płatę za dom. W takim wypadku instruk­cja do gry jest nie­zbyt obszerna: te fun­du­sze należy trzy­mać w jak naj­bez­piecz­niej­szych, naj­krót­szych moż­li­wych inwestycjach.

Oczywiście wybór małej liczby akcji zwięk­sza nasze szanse na wzbo­ga­ce­nie się, ale jak zauwa­ży­li­śmy, zwięk­sza też szanse na zosta­nie biednymi.

Kupując i posia­da­jąc cały rynek w pasyw­nie zarzą­dza­nym lub indek­so­wa­nym fun­du­szu wza­jem­nym mamy gwa­ran­cję, że będziemy posia­dać wszyst­kie wygry­wa­jące firmy i przez to otrzy­mamy wszyst­kie zwroty z rynku. Co prawda, będziemy mieć też wszyst­kich prze­gra­nych, ale nie to jest ważne; to, co możemy stra­cić z każdą jedną akcją to 100 pro­cent jej war­to­ści, pod­czas gdy zwy­cięzcy zwy­kle z łatwo­ścią zara­biają 1000, a cza­sem nawet 10 000 pro­cent w ciągu dekady lub dwóch. Jeśli prze­ga­pimy tylko jedną lub dwie z tych wygry­wa­ją­cych akcji, ucierpi cały portfel.

Równanie Gordona dla akcji w Stanach Zjednoczonych w 2009 roku: ocze­ki­wany zwrot wynosi obec­nie 2,5 pro­cent plus 1,32 pro­cent histo­rycz­nego wskaźnika wzro­stu dywi­dend. Dlatego to cią­gły napływ dywi­dend, a nie ocze­ki­wany wzrost, zapew­nia lwią część zwrotów.

Pytanie: Co byśmy woleli, gdy­by­śmy mieli wybór?
Opcja A: Akcje znacząco rosną – i zostają w górze przez wiele lat.
Opcja B: Akcje znacząco spa­dają – i zostają w dole przez wiele lat.
To oczywiście pod­chwy­tliwe pyta­nie. Podczas gdy więk­szość inwe­sto­rów wybiera opcję A, ci któ­rzy inwe­stują dłu­go­ter­mi­nowo wolą opcję B.

Tak, jak w przy­padku kupo­wa­nia krów dla mleka i kur dla jajek, kupu­jemy akcje dla ich obec­nych i przyszłych dywi­dend. Jeśli pro­wa­dzi­li­by­śmy mle­czar­nię, czyż nie wole­li­by­śmy, żeby ceny krów były niskie, gdy je kupu­jemy, tak byśmy mogli uzy­skać wię­cej litrów mleka z inwe­sty­cji w krowy?

Tradycyjna opi­nia na temat tego, że mło­dzi ludzie powinni inwe­sto­wać bar­dziej agre­syw­nie niż starsi jest cał­kiem poprawna.

Młodsi inwe­sto­rzy powinni posia­dać więk­szą por­cję akcji, ponie­waż mają moż­li­wość wyko­rzy­sta­nia swo­ich regu­lar­nych oszczęd­no­ści na ryn­kach po obni­żo­nych cenach. Ści­ślej mówiąc, mło­dzi inwe­sto­rzy posia­dają więk­szy „kapi­tał ludzki” niż kapi­tał finan­sowy; to zna­czy, że ich suma zarob­ków w przy­szło­ści przy­tła­cza ich oszczęd­no­ści i inwestycje.

Ponieważ można powie­dzieć, że mło­dzi pra­cow­nicy są posia­da­czami olbrzy­mich podob­nych do obli­ga­cji akty­wów, ich kapi­tału ludz­kiego, mogą posia­dać więk­szość, jeśli nie całość swo­jego kapi­tału inwe­sty­cyj­nego w for­mie akcji. Tak przy­naj­mniej mówi teoria.

Vanguard: Indeks fun­du­szu akcji z całego świata. Jednak nie pole­cam go. W tym fun­du­szu podział pomię­dzy Stanami Zjednoczonymi a zagra­nicą wynosi 44 do 56, a jeśli cho­dzi o pod­le­gły mu indeks, na mój gust, zbyt­nio sku­pia się na zagra­nicz­nych akcjach z trzech powo­dów:
Po pierw­sze, o ile nie miesz­kamy zagra­nicą, na eme­ry­tu­rze z pew­no­ścią będziemy wyda­wać główne dolary, a zagra­niczne akcje nara­żają nas na ryzyko spadku war­to­ści euro, jena, funta i innych walut zagra­nicz­nych.
Po dru­gie, zagra­niczne akcje są nie tylko bar­dziej ryzy­kowne, ale ich posia­da­nie jest także droż­sze. Obracanie za gra­nicą kosz­tuje wię­cej, a wiele zagra­nicz­nych rzą­dów nakłada podatki na gieł­dowe dywi­dendy; pomimo, że ten koszt można odzy­skać na opo­dat­ko­wa­nym kon­cie dzięki zali­cze­niu podatku zapła­co­nego za gra­nica na poczet podatku należ­nego w kraju, jed­nak nie można tego zro­bić w przy­padku fun­du­szu eme­ry­tal­nego.
Po trze­cie, opłaty za fun­dusz są wyż­sze niż być powinny, co nie jest cha­rak­te­ry­styczne, jeśli cho­dzi o ofertę Vanguard. W przy­padku 0,50 pro­cent wskaź­nika kosz­tów plus 0,25 pro­cent opłaty za zakup inwe­stor może doko­nać zakupu osob­nych ele­men­tów – rynku Stanów Zjednoczonych i mię­dzy­na­ro­do­wych – po dużo niż­szej cenie.

Inwestorzy mogą od czasu do czasu tra­cić zwrot przez reba­lan­cing, jak to miało miej­sce w latach 90 XX w. w przy­padku akcji japoń­skich i ame­ry­kań­skich, gdy te pierw­sze spa­dły nie­mal pio­nowo w dół, a te dru­gie wzro­sły nie­mal pio­nowo w górę. W tym przy­padku, inwe­stor cią­gle sprze­da­wałby to, co miało uzy­skać naj­lep­szy wynik w przy­szło­ści i kupo­wał to, co miało w przy­szło­ści uzy­skać naj­gor­szy wynik. Ignorując te zastrze­że­nia, na dłuż­szą metę reba­lan­cing, śred­nio, dodaje war­to­ści i z pew­no­ścią obniża ryzyko, zabie­ra­jąc pie­nią­dze ze stołu, gdy okre­ślone klasy akty­wów, albo ogól­nie, akcje, mają dobrą passę i ich cena staje się zawyżona.

REIT. Ile? Prawdopodobnie nie więcej niż 10 pro­cent przy­działu akcji zwy­kłych: na przy­kład 6 pro­cent ogó­łem w port­felu 60/40.

Rozdzielenie zagra­nicz­nych akcji na akcje kra­jów roz­winiętych i kra­jów ryn­ków wscho­dzą­cych, które czę­sto mają bar­dzo różne zwroty.

Rozważmy doda­nie więk­szych pre­mii za ryzyko poprzez zwięk­sze­nie eks­po­zy­cji na akcje war­to­ściowe i akcje małych firm, dzie­ląc klasy akty­wów akcji zwy­kłych na cztery grupy: duży rynek, mały rynek, duża war­tość i mała wartość.

Ignorujmy kate­go­rie dużego i małego wzro­stu, które mają niż­sze ocze­ki­wane zwroty.

Jeśli mamy duży port­fel, któ­rego war­tość prze­kra­cza 250 000-500 000 dola­rów i potra­fimy pora­dzić sobie z kom­pli­ka­cjami, możemy roz­dzie­lić przy­dział kra­jo­wych i zagra­nicz­nych roz­wi­nię­tych akcji na „port­fel czte­rech grup”, sku­pia­jący się na akcjach war­to­ścio­wych lub akcjach małych firm.

Futures na towary: Z tą klasą akty­wów są dwa pro­blemy. Po pierw­sze jej zwroty w przy­szło­ści będą praw­do­po­dob­nie niskie – z pew­no­ścią dużo niż­sze niż były w prze­szło­ści; towary są czymś, co nazy­wam „klasą akty­wów du jour”, znaj­du­ją­cych się na języ­kach wszyst­kich ludzi w świe­cie finan­sów. To praw­dziwy znak ostrze­gaw­czy, ponie­waż nie każdy coś posiada, nie­wielu kupu­ją­cych zostaje, by popchnąć cenę w górę. Po dru­gie, po pro­stu nie ufam żad­nym fun­du­szom towa­ro­wym ani fir­mom ofe­ru­ją­cym je.

Akcje firm wydo­by­wających złoto, sre­bro i pla­tynę zapew­niają w dużej mie­rze taką samą dywer­sy­fi­ka­cję co futu­res na towary. Jestem wobec nich mniej entu­zja­styczny niż kilka lat temu, z dwóch powo­dów. Po pierw­sze, mój stary fawo­ryt w tym obsza­rze Vanguard Precious Metals and Mining Fund roz­sze­rzył dzia­łal­ność o inwe­sty­cje w firmy wydo­by­wa­jące metale nie­szla­chetne (głów­nie alu­mi­nium, miedź i ołów) i innych surow­ców natu­ral­nych, a to znacz­nie zmniej­sza jego war­tość pod wzglę­dem dywer­sy­fi­ka­cji. Po dru­gie, złoto i akcje złota stały się także klasą akty­wów du jour, z nie­daw­nymi wyso­kimi zwro­tami i dużym roz­gło­sem. Jeśli nie pla­nu­jemy ucieczki z wię­zie­nia, to kupo­wa­nie szta­bek złota, zło­tych monet lub ETF, który w nie inwe­stuje, rzadko jest dobrym pomy­słem. Na dłuż­szą metę rze­czy­wi­sty zwrot z samego żół­tego metalu wynosi zero – za jego uncję można było kupić porządny męski strój za cza­sów Szekspira i tak jest do dziś. Dodatkowo złoto nie zwraca dywi­dend i naraża nas na koszty przechowywania.

Kolejną klasą akty­wów wartą roz­wa­że­nia jest mię­dzy­na­ro­dowe REIT – firmy zaj­mu­jące się obro­tem nie­ru­cho­mo­ści w Europie, Azji i Australii. Jak w przy­padku ame­ry­kań­skiego REIT, doświad­czyli oni olbrzy­mich spad­ków cen i wyniku tego wypła­cają dywi­dendy prze­kra­cza­jące 8 pro­cent. Mogą rów­nież ofe­ro­wać jesz­cze więk­szą dywer­sy­fi­ka­cję niż ich ame­ry­kań­ski odpo­wied­nik. Ich jedyną wadą jest to, że są dostępne tylko w pasyw­nych fun­du­szach dla nie­za­leż­nych małych inwe­sto­rów w for­mie ETF, a przez to zagro­żone pro­wi­zjami i spre­adami. Ponieważ ta klasa akty­wów nie powinna sta­no­wić wię­cej niż kilka pro­cent czy­ich­kol­wiek akty­wów, nie pole­cam włą­cza­nia jej do port­fela, chyba że jego wiel­kość wynosi co naj­mniej kilka setek tysięcy dola­rów i jeste­śmy w sta­nie znieść bar­dzo skom­pli­ko­waną mie­sza­ninę aktywów.

Na każdym polu ludz­kich przed­się­wzięć, bez względu na to, czy jest to lata­nie, medy­cyna czy walka zbrojna, podział na myśli i odru­chy dzieli świat na ama­to­rów i pro­fe­sjo­na­li­stów; pierw­szymi kie­rują emo­cje, dru­gimi – obli­cze­nia i logika. Inwestorzy także muszą opa­no­wać swoje emocje.

Prawdopodobnie nic nie jest w sta­nie bar­dziej pozbawić nas pie­nię­dzy niż wła­sne emo­cje; nic nie ocali naszych finan­sów lepiej niż naucze­nie się, jak wyko­rzy­sty­wać chłodny, bez­na­miętny roz­są­dek, by te emo­cje kontrolować.

Druggy LaRoche Pharmaceuticals właśnie wymy­śliło nowy, pod­bi­ja­jący świat anty­bio­tyk, thre­eblind­my­cinę. Moi pacjenci go uwiel­biają, uwa­żam, że to kolejna Viagra. Kupuję tyle akcji, ile uda mi się dorwać. Zdyskontowane prze­pływy pie­niężne? Wartość rze­czy­wi­sta a obecna cena akcji? Nie zadrę­czaj mnie głu­pimi szcze­gó­łami.” Oczywiście insty­tu­cje finan­sowe po dru­giej stro­nie zakupu akcji wyko­nały nie­zbędne obli­cze­nia i zde­cy­do­wały się sprze­dać swoje akcje Druggy LaRoche leka­rzowi, który opo­wia­dał historię.

Wszelkiego rodzaju obli­ga­cje – poza obec­nymi ulu­bio­nymi obli­ga­cjami wszyst­kich ludzi, skar­bo­wymi papie­rami wartościo­wymi – też powinny być w sam raz, dopóki ich okres wykupu jest względ­nie krótki (mniej niż pięć lat), by obni­żyć ryzyko nie­spo­dzie­wa­nej wyso­kiej inflacji.

Nauczmy się auto­ma­tycz­nie nie ufać pro­stym histo­riom wyja­śnia­ją­cym skom­pli­ko­wane wyda­rze­nia eko­no­miczne lub finansowe.

Popularne książki na temat finan­sów sta­no­wią wspa­niały baro­metr nie­do­in­for­mo­wa­nych powszech­nych opi­nii wywo­ła­nych opo­wie­ściami, ponie­waż ambitni ludzie piszący na temat finan­sów zwy­kle z nich korzystają.

Dlaczego ludzie kupują pierw­sze oferty publiczne: dużo lep­szą zabawą od posia­da­nia zwy­kłej firmy prze­my­sło­wej jest zary­zy­ko­wa­nie i próba odkry­cia nowego Amazon.com lub Microsoftu. W skró­cie, pierw­sze oferty publiczne to inwe­sty­cyjny odpo­wied­nik losu na lote­rię, z wysoką war­to­ścią roz­ryw­kową i niskim zwro­tem inwestycyjnym.

Jeśli pra­gniemy w życiu eks­cy­ta­cji, dużo bez­piecz­niej i taniej jest zacząć ska­kać ze spa­do­chro­nem niż szu­kać jej w swoim port­felu inwestycyjnym.

Im bar­dziej widoczna publicz­nie jest firma i im bar­dziej znana i cie­kawa jest jej histo­ria, tym bar­dziej praw­do­po­dobne jest, że jej zwroty w przy­szło­ści będą niższe.

Ponieważ strach powstaje w szyb­kim ukła­dzie lim­bicz­nym, jest krót­ko­trwa­łym zja­wi­skiem. Nie ma sensu przej­mo­wa­nie się złym dniem lub złym rokiem na gieł­dzie, jeśli zapewni nam dobre dłu­go­ter­mi­nowe zwroty. Ale z powodu tego, jak ważny jest układ lim­biczny, przej­mu­jemy się – bar­dzo, bar­dzo mocno – krót­ko­ter­mi­no­wymi stra­tami. Nie możemy na to nic pora­dzić: w ten spo­sób jeste­śmy zaprogramowani.

W latach 1929-2008, Dow Jones Industrial Average rósł przez 51,6 pro­cent dni i spa­dał przez 48,4 pro­cent dni. Jeśli jeden dzień strat przy­ćmiewa w naszym umy­śle dwa dni zysków, to śred­nio powin­ni­śmy się czuć okrop­nie, ponie­waż liczba dni zysków i strat jest nie­mal równa.

Tylko wtedy, gdy spraw­dzamy nasze port­fele rza­dziej niż raz na rok, wresz­cie pozby­wamy się ponu­rej psy­cho­lo­gicz­nej bariery „dwa do jednego”.

To, co spraw­dza się w przy­padku indy­wi­du­al­nych firm i ich akcji, jest też praw­dziwe w przy­padku gospo­da­rek i ryn­ków gieł­do­wych całych nacji. Czy nie powin­ni­śmy wybie­rać tych gospo­da­rek, które roz­wi­jają się naj­szyb­ciej, gdy inwe­stu­jemy zagra­nicą? W rze­czy­wi­sto­ści – nie. Okazuje się, że ta naiwna stra­te­gia będzie nas sporo kosz­to­wać. W roz­dziale 2, na przy­kład, zoba­czy­li­śmy, że od 1993 roku Chiny miały jeden z naj­wyż­szych na świe­cie wskaź­ni­ków wzro­stu – cza­sami wyż­szy niż 10 pro­cent rocz­nie. Jednak w latach 1993-2008 rynek gieł­dowy Chin tra­cił 3,3 pro­cent rocz­nie. Dowiedzieliśmy się także, że w mniej­szym stop­niu to samo spraw­dza się w przy­padku innych wiel­kich suk­ce­sów eko­no­micz­nych minio­nego dzie­się­cio­le­cia, tygry­sów azja­tyc­kich – Korei, Singapuru, Malezji, Indonezji, Tajwanu i Tajlandii – które od 1988 roku miały niż­sze zwroty niż wolno roz­wi­ja­jące się Stany Zjednoczone.

Z dru­giej strony, żaden więk­szy kraj nie spo­tkał się w XX w. z porów­ny­wal­nym do Wielkiej Brytanii spad­kiem pozy­cji eko­no­micz­nej i geo­po­li­tycz­nej. W 1900 roku, Brytania rzą­dziła nie tylko na morzach, ale także w świe­cie ryn­ków finan­so­wych. Natomiast w 2000 roku sta­no­wiła nie­wiele wię­cej niż park roz­rywki, gra­jąc dru­gie skrzypce przy ame­ry­kań­skiej hege­mo­nii. Znowu, nie miało to żad­nego wpływu na zwroty z bry­tyj­skich akcji zwy­kłych, które w XX w. należą do naj­wyż­szych na świecie.

Kraje z naj­szyb­ciej roz­wi­jającymi się gospo­dar­kami czę­sto mają naj­niż­sze zwroty z akcji.

Na wielu roz­wi­jających się ryn­kach, rząd nie chroni posia­da­czy akcji przed zachłan­no­ścią zarzą­dów rów­nie dobrze, co w kra­jach z bar­dziej usta­bi­li­zo­wa­nym sys­te­mem praw­nym. Innymi słowy, w tych kra­jach zarzą­dza­jący i kon­tro­lu­jący posia­da­cze akcji mogą nie­po­ko­jąco łatwo złu­pić firmę.

Nic nie trwa wiecz­nie. Bardzo często nie­dawne nie­zwy­kłe wyda­rze­nia eko­no­miczne i finan­sowe mają skłon­ność do odwra­ca­nia się.

W śro­do­wi­sku peł­nym nie­wia­ry­god­nie mądrych, pra­co­wi­tych i dobrze poin­for­mo­wa­nych ludzi naj­mą­drzej­szą stra­te­gią jest nie podej­mo­wa­nie żad­nej transakcji.

Ludzie cierpiący na poważną depre­sję są czę­sto w sta­nie naj­do­kład­niej oce­nić swoje wła­sne umiejętności.

Potrzeba nam określo­nej ilo­ści samo­oszu­ki­wa­nia się, aby zacho­wać poczu­cie wła­snej wartości.

Pożąda­nie efek­tow­nych inwe­sty­cji może zaszko­dzić naszym finan­som tak samo, jak pra­gnie­nie part­nera sek­su­al­nego, samo­chodu lub domu, na które nas nie stać.

Bogaci dużo lepiej wycho­dzi­liby na inwe­sto­wa­niu w szare, pro­ste fun­du­sze inwe­sty­cyjne o niskich kosztach.

Powodem, dla któ­rego „guru” jest takim popu­lar­nym słowem jest to, że „szar­la­tan” jest trudne do wymówienia.

W ostat­nich latach ulu­bieńcami tłu­mów opo­wia­da­ją­cych swoje histo­rie były fun­du­sze towa­rowe i akcje kra­jów BRIC (Brazylii, Rosji, Indii i Chin), nio­sące ze sobą kata­stro­falne skutki dla tych, któ­rzy czy­tali i słu­chali ich paplania.

Jeśli czu­je­cie się zmu­szeni do szu­ka­nia eks­cy­ta­cji w finan­sach – a ja tego nie popie­ram – wydziel­cie nie­wielką część swo­jego port­fela, która będzie miała was zaba­wiać. Oddzielcie to konto, które nie powinno być więk­sze niż 10 pro­cent waszych oszczęd­no­ści, od reszty port­fo­lio i nigdy nic do niego nie dorzu­caj­cie. Gdy prze­pad­nie, trudno – miejmy nadzieję, że wraz z nim prze­pad­nie pod­nie­ce­nie wyni­ka­jące z wybie­ra­nia akcji.

Najstarsi wete­rani powiedzą nam, ze naj­lep­szych zaku­pów doko­ny­wali czę­sto wtedy, gdy czuli, że zaraz zwymiotują.

Nieefektowne, powoli roz­wi­jające się kraje to czę­sto wspa­niałe rynki; musimy uni­kać kla­sycz­nego błędu łącze­nia szybko roz­wi­ja­ją­cej się gospo­darki z wyso­kimi zwro­tami z akcji zwykłych.

Odważmy się być nudni.

Rozsądny inwe­stor trak­tuje nie­mal całość kra­jo­brazu branży finan­so­wej jako miej­ską strefę walki. To ozna­cza każ­dego maklera gieł­do­wego albo firmę ofe­ru­jącą kom­plek­sowe usługi makler­skie, każdy new­slet­ter, każ­dego doradcę, który doko­nuje zakupu indy­wi­du­al­nych papie­rów war­to­ścio­wych i każdy fun­dusz heg­din­gowy. Większość fun­du­szy wza­jem­nych roz­siewa wię­cej tok­sycz­nych odpa­dów w śro­do­wi­sku inwe­sty­cyj­nym niż rafi­ne­ria w kraju trze­ciego świata. Większość dorad­ców finan­so­wych nie ma w inwe­sty­cjach żad­nej siły prze­bi­cia. Komu można zaufać? Niemal nikomu.

Większość szuka zatrud­nie­nia w domach makler­skich, fun­du­szach hed­gin­go­wych i fun­du­szach wza­jem­nych z tego samego powodu, dla któ­rego podobno Willie Sutton napa­dał na banki: „Ponieważ są w nich pie­nią­dze”. W związku z tym powin­ni­śmy być bar­dziej ostrożni wobec każ­dego, kto chce zarzą­dzać naszymi finansami.

Przesłanie pły­nące z poprzed­nich stron nie może już być bar­dziej bez­po­śred­nie: nawet nie pod­chodź­cie do makle­rów gieł­do­wych i firm maklerskich.

Firmy zaj­mujące się fun­du­szami publi­kują swoje opłaty i wydatki w pro­spek­tach fun­du­szo­wych i regu­lar­nych rapor­tach. Nie publi­kują kosz­tów trans­ak­cji, ale te można osza­co­wać, patrząc na poziom obro­tów i wiel­kość posia­da­nych przez nie firm – wszyst­kie te dane są dostępne. Ponieważ wza­jemne fun­du­sze gieł­dowe tracą około 0,1 pro­cent zwrotu na każde 10 pro­cent obrotu, im niż­szy obrót, tym lepiej.

Struktura posia­da­nia w każdej fir­mie świad­czą­cej usługi finan­so­wej w końcu okre­śla, jak na dłuż­szą metę służy ona swoim posia­da­czom akcji.

Nie inwe­stuj­cie w żadną rodzinę fun­du­szy wza­jem­nych, która jest w posia­da­niu noto­wa­nej na gieł­dzie spółki-matki.

Fidelity ofe­ruje pasyw­nie zarządzane fun­du­sze w bar­dzo niskich cenach. W zasa­dzie mają tak niskie ceny, że służą jako towar sprze­da­wany ze stratą [ang. loss leader], który ma na celu przy­cią­gnąć klien­tów do firmy, by kupili jej droż­sze fun­du­sze. Dopóki trzy­mamy się towa­rów po obni­żo­nych cenach, powin­ni­śmy dobrze sobie radzić.

Barclays, któ­rego iSha­res są czę­ścią fun­du­szy ETF [ang. Exchange-Traded Funds] jest lide­rem w tej dzie­dzi­nie. Osobiście zbyt­nio nie sza­leję na punk­cie ETF-ów, ale ofe­rują małym inwe­sto­rom indek­so­wane pro­dukty w bar­dziej ezo­te­rycz­nych kla­sach akty­wów, któ­rych nie obej­mują Vanguard i Fidelity. Niestety, gdy piszę te słowa, iSha­res został wła­śnie zaku­piony przez BlackRock, co zaciem­nia jego przyszłość.

25-latek powi­nien oszczędzać co naj­mniej 10 pro­cent swo­jej pen­sji, co ozna­cza, że 45-latek powi­nien oszczę­dzać nie­mal połowę swo­jej pensji.

Koszty pro­wi­zji i spre­adów, na które jesteśmy nara­żeni przez fun­du­sze ETF, szybko zli­kwi­dują maleńką prze­wagę cenową.

Nie wydaje mi się, żeby więk­szość ofe­ru­ją­cych fun­du­sze ETF była w sta­nie pro­wa­dzić te pro­dukty przez długi czas; wszyst­kie, z wyjąt­kiem Vanguard, są spół­kami giełdowymi.

W kilku przy­pad­kach ETF ma sens. Pierwszym jest (między­na­ro­dowy) walor ETF, iSha­res EAFE, dla któ­rego Vanguard nie ofe­ruje żad­nego odpo­wia­da­ją­cego mu indeksu/pasywnego fun­du­szu wza­jem­nego. Drugim jest Vanguard All-World ex-U.S. Small-Cap ETF, który nie pobiera opłaty za zakup w wyso­ko­ści 0,75 pro­cent, którą obcią­żane są akcje inwe­sty­cyjne, i posiada także dużo niż­szy współ­czyn­nik wydat­ków (0,38 w porów­na­niu do 0,60 pro­cent). Trzecim byłby mię­dzy­na­ro­dowy fun­dusz REIT iSha­res (IFGL), dla któ­rego nie ist­nieje odpo­wied­nik w postaci fun­du­szu otwar­tego dostęp­nego dla więk­szo­ści małych inwestorów.

Zwykle pole­cam zdrową dawkę krót­ko­ter­mi­no­wych papie­rów skar­bo­wych zamiast gotówki, jed­nak zyski z papie­rów skar­bo­wych są obec­nie tak niskie, że lepiej jest ulo­ko­wać fun­du­sze na rachunku środ­ków loko­wa­nych na rynku pie­nięż­nym, dopóki zyski z krót­ko­ter­mi­no­wych papie­rów skar­bo­wych nie wzro­sną powy­żej 3-4 procent.

W jaki spo­sób Taxable Ted ma roz­lo­kować wpływy ze sprze­daży swo­jej firmy, które obec­nie posiada w gotówce? Można to zro­bić na co naj­mniej dwa różne spo­soby. Pierwszy to po pro­stu jed­no­ra­zowe roz­lo­ko­wa­nie, w któ­rym doko­nuje się zakupu wszyst­kich swo­ich akcji i obli­ga­cji za jed­nym razem. Przy obec­nej war­to­ści akcji byłoby to roz­sądne. Z dru­giej strony, Ted mógłby wkro­czyć na ścieżkę uśred­nia­nia war­to­ści ryzy­kow­nych akty­wów gieł­do­wych w poten­cjal­nym port­felu w ciągu kolej­nych kilku lat. Kompromisem pomię­dzy tymi dwoma tech­ni­kami byłoby zain­we­sto­wa­nie pierw­szej połowy zysków natych­miast, a następ­nie uśred­nia­nie war­to­ści pozo­sta­łej części.

Nadwyżka zwro­tów gene­ro­wana przez reba­lan­cing nie jest duża, zwy­kle nie wyż­sza niż 1 pro­cent rocz­nie, czyli dużo niż­sza niż poda­tek od zysków kapi­ta­ło­wych, z któ­rym będziemy mieć do czy­nie­nia w przy­padku więk­szo­ści sprze­daży. Więc, czy­sto z punktu widze­nia zwro­tów, nigdy nie powin­ni­śmy sprze­da­wać akcji, by doko­nać reba­lan­cingu w opo­dat­ko­wa­nym port­felu. Kupowanie, rzecz jasna, jest w porządku, możemy też wyko­rzy­stać do reba­lan­cingu dys­try­bu­cję fun­du­szy – zyski kapi­ta­łowe, dywi­dendy i opro­cen­to­wa­nie wypła­cane przez fun­du­sze. Jednak do pew­nego stop­nia zaleca się też sprze­daż w celu kon­troli ryzyka. Jeśli roz­pocz­niemy z port­fe­lem 50/50, a prze­dłu­żony okres wzro­stu cen sprawi dopro­wa­dzi do 65/35 albo nawet 75/25, coś musimy zrobić.

Jak często powinno się doko­ny­wać reba­lan­cingu? Odpowiedź brzmi: rela­tyw­nie nie­zbyt często.

Dokonujmy reba­lan­cingu port­fela mniej więcej raz na kilka lat; wię­cej niż raz na rok to praw­do­po­dob­nie zbyt czę­sto. W port­fe­lach opo­dat­ko­wa­nych powinno się to robić jesz­cze rzadziej.

Jeszcze jedna zaleta indeksowanego/pasywnego podejścia do inwe­sto­wa­nia. Gdy fun­dusz indek­so­wany ma się okrop­nie, jest tak dla­tego, że klasa akty­wów ma się okrop­nie, co zwy­kle ozna­cza, że pota­niała. W zamian ozna­cza to zwy­kle, że jej ocze­ki­wane zwroty w przy­szło­ści wzro­sły, i że inwe­stor może kupić tro­chę wię­cej w danym fun­du­szu z w miarę czy­stym sumie­niem. Z dru­giej strony, gdy aktyw­nie zarzą­dzany fun­dusz ma się okrop­nie, praw­do­po­do­bień­stwo, że jest to wina braku umie­jęt­no­ści mana­gera, pod­ko­puje naszą pew­ność sie­bie: czy naprawdę powin­ni­śmy kupo­wać wię­cej w fun­du­szu zarzą­dza­nym przez praw­do­po­dob­nie nie­kom­pe­tent­nego mana­gera? Czy popeł­ni­li­śmy błąd już na początku? Dość czę­sto tego typu kiep­skie wyniki są wyni­kiem pew­nego połą­cze­nia pecha i kiep­skich wyni­ków klasy akty­wów. To może dopro­wa­dzić do złej decy­zji: zwol­nie­nia mana­gera fun­du­szu zaraz przed tym, jak jego klasa akty­wów albo jego szczę­ście ma szansę się odwró­cić. Krótko mówiąc, indek­so­wa­nie inwe­sty­cji ozna­cza, że nigdy nie będziemy musieli mówić, że nam przykro.

Rebalancing może rów­nie dobrze powo­do­wać stratę, co zysk zwrotu. Czy ist­nieje jakiś powód, by wie­rzyć, że śred­nio rzecz bio­rąc, reba­lan­cing może bar­dziej pomóc niż zaszko­dzić? Nie, jeśli wie­rzymy, że ruchy rynku są losowe. Bądź co bądź, doko­nu­jemy reba­lan­cingu, wie­rząc, że aktywa z wyższym/niższym śred­nim zwro­tem w prze­szło­ści będą miały niższy/wyższy od śred­niej zwrot w przy­szło­ści. Czy to rze­czy­wi­ście prawda? Prawdopodobnie tak. Przypomnijmy sobie, że w krót­kich okre­sach klasy akty­wów wyka­zują się pędem, jed­nak w ciągu okre­sów dłuż­szych niż rok mają ten­den­cję do powrotu do średniej.

Polecam, żeby począt­ku­jący trzy­mali się reba­lan­cingu co kilka lat. Jeśli w pew­nym momen­cie zde­cy­du­je­cie się prze­rzu­cić na tech­nikę pro­gową, będzie­cie musieli usta­lić indy­wi­du­alne para­me­try reba­lan­cingu, które będą nie tylko odno­siły się do danej klasy akty­wów, ale także do danego port­fo­lio. Rebalancing na pod­sta­wie osią­gnię­tego progu jest dla więk­szo­ści cią­głą pracą. Zbyt czę­sty lub zbyt rzadki reba­lan­cing danej klasy akty­wów jest zwy­kle sygna­łem, by odpo­wied­nio zwięk­szyć lub zmniej­szyć próg.



 

Poznaj swoją
następną
ulubioną
książkę.
Mądrego zawsze miło posłuchać
Guru reklamy i sprzedaży.
Twórca międzynarodowej
potęgi Leo Burnett, Inc.
Czego uczą nas marki, którym ufamy?
My, zadajemy sobie to pytanie każdego dnia.
W tym miejscu chcielibyśmy dzielić się z Tobą efektami naszych poszukiwań.

Potrzeba pewności
Pragniemy mieć pew­ność i jeste­śmy bar­dziej skłonni pod­jąć dzia­ła­nie, jeśli dostępne są kon­kretne informacje.
Wieloznaczność może wywo­łać reak­cję na zagro­że­nie, która skut­kuje nie­po­ko­jem.

Wykorzystana w małych daw­kach – takich jak inte­re­su­jące wyzwa­nie – łagodna nie­pew­ność może zwra­cać uwagę (szcze­gól­nie wtedy, gdy ludzie wykształ­cili u sie­bie nawyki). Jednak wie­lo­znacz­ność może rów­nież pro­wa­dzić do bez­czyn­no­ści: ludzie rza­dziej dzia­łają w opar­ciu o nie­ja­sne infor­ma­cje. Jakie infor­ma­cje poda­jesz, by pomóc ludziom pod­jąć decy­zję? Czy celowo two­rzysz wra­że­nie pew­no­ści lub niepewności?
Jestem zainteresowany!
Do: studio@owocni.pl
Od:
Twoja wiadomość
Witam, nazywam się , chętnie nawiąże kontakt z Owocnymi w sprawie współpracy nad nowym projektem. Poproszę o kontakt i wstępną ofertę. Mój numer telefonu to:
[Dostosuj tę wiadomość]
  • Częste pytania
    Ważne pytania i odpowiedzi
    1A co jeśli wasz projekt po
    prostu mi się nie spodoba?
    odpowiedź
    2Jak obsługujecie małe
    i początkujące firmy?
    odpowiedź
    3Jak wygląda
    współpraca na odległość?
    odpowiedź
    4Jaką gwarancję
    jakości otrzymam?
    odpowiedź
    5Ile wynosi minimalny
    budżet projektu?
    odpowiedź
    6Jak rozpocząć współpracę?
    odpowiedź
    Zapytaj o swój projekt
  • Broszura
    Jestem zainteresowany!
    Broszura
    firmowa.
    Jest darmowa!Niezbędna na zebraniu
    lub spotkaniu biznesowym.
    Pobierz broszurę - kliknij

Opublikuj treść u siebie

Chcesz zamieścić tą treść na swoim
blogu, za darmo? Nic prostszego!

Wystarczy, że wstawisz link zwrotny.
Zobacz jak publikować nasze treści.

  • Pisz dla nas
    Pisz dla nas, ekspercie

    Szanowny ekspercie.
    Podziel się wiedzą i odbierz zapłatę.

    Za dobrą treść, płacimy dobre pieniądze.
    Sprawdź to - kliknij tutaj.

  • Wesprzyj nas
    IMarketing

    Podoba Ci się to co robimy?
    - Udziel nam wsparcia, to łatwe - sprawdź tu.

Kliknij lubię to na
x
Będziemy Ci bardzo wdzięczni za
sugestie lub informację o napotkanym
błędzie. Każdego dnia wkładamy wiele
pracy, aby te strony były lepsze.

Pozwól nam Tobie podziękować:
no-spam